Samotne matki z wyboru czy z konieczności?

Samotne matki były kiedyś postrzegane jako zło. Panna z dzieckiem była w rodzinie hańbą. Niedopuszczalna również była kontynuacja nauki przez kobiety przy nadziei. Przez te wszystkie lata określenie „panny z dzieckiem” zmieniło swoje znaczenie. Kobiety uchodzą za bardziej odpowiedzialne i silniejsze emocjonalnie istoty. Więź między kobietą, a dzieckiem była, jest i zawsze będzie najsilniejszą ze wszystkich. Jest to bezwarunkowe, czyste i niewytłumaczalnie silne uczucie, które rośnie w siłę każdego dnia i, które jest w stanie wybaczyć wiele złego. To dlatego po rozstaniu, po odrzuceniu czy po rozwodzie większość dzieci trafia pod opiekę matki. To naturalne zjawisko. Każda z kobiet chce stworzyć dla swojego dziecka pełny ciepła i miłości dom o standardowym modelu. Dlaczego więc niektóre matki decydują się na porzucenie tego modelu? Dlaczego narażają dzieci na funkcjonowanie w świecie o niepełnej strukturze skoro tak bardzo je kochają?

Nie wiem jak jest w innych rodzinach, ale moja była niepełna odkąd pamiętam. Rozwód rodziców nic nie zmienił. Nidy nie czułam bliskości taty. Mówią, że osoba z niepełnej rodziny nigdy nie stworzy domu pełnego miłości i będzie powielać błędy rodziców, ponieważ to wyniosła z domu. Tego jest nauczona. Porzucenie i samotność nie są jej obce. Ale czy każde dziecko prawnika zostaje prawnikiem? Albo czy dziecko urodzone w wielodzietnej rodzinie również zakłada taką rodzinę? Owszem, to gdzie i w jaki sposób się wychowujemy ma ogromne znaczenie na naszą przyszłość, ale są Ci, którzy się temu poddają i Ci, którzy z tym walczą i walkę wygrywają.

Mimo, że model mojej rodziny nie należał do standardowych ja od zawsze wiedziałam jaką rodzinę chcę mieć. Od zawsze też kochałam dzieci. Gdy się zakochałam wiedziałam, że z tym człowiekiem chcę spędzić resztę swoich dni. Nie przewidziałam tylko tego, że On nie będzie taki, jak w moich wyobrażeniach. Po 3 latach związku urodziła się nasza córka. Będąc w ciąży wiedziałam, że trudno będzie stworzyć z Nim pełną rodzinę. Mimo wszystko nie poddawałam się. Walczyłam o nas, bo było dla kogo. Z biegiem czasu oddalaliśmy się od siebie, a ja wciąż wierzyłam, że się zmieni. Minęło 5 lat i na świat przyszła druga córka. W drugi dzień po powrocie ze szpitala wydarzyło się coś, co zmieniło na zawsze moje uczucia to Niego. Wtedy po raz pierwszy przeszło mi przez myśl, że nie chcę spędzić z tym człowiekiem reszty swoich dni. Ale były dzieci. Dla nich starałam się to wszystko wytrzymać. Dla nich robiłam dobrą minę do złej gry. Nadal wierzyłam w to, że On mnie kocha. Bywały lepsze i gorsze dni, ale nigdy nie doczekałam się takiego, w którym On wniesie do życia naszych córek coś wartościowego, w którym weźmie je na kolana i przekaże ważną lekcję życia albo po prostu wesprze w odpowiedniej chwili. W tych ważnych i nawet nieważnych chwilach zawsze byłam ja, zdana tylko na siebie.

Po 16 latach związku doszłam do wniosku, że nie doczekam się Jego przemiany. Że dzieci będą szczęśliwe wszędzie, gdzie ja będę szczęśliwa. Pomyślałam, co będzie jak dzieci wyprowadzą się z domu? Jak będzie wyglądało moje życie? Miałam przed oczami obraz samotnej kobiety, która tęskni za swoimi dziećmi, martwi się o nie i nie może się przytulić do własnego partnera, ponieważ Jego nigdy nie ma w domu, ponieważ Jego nie interesują jej problemy, ponieważ On jej nie kocha i nie szanuje.

Zdobyłam się na odwagę tuż po Nowym Roku. Już w dniu wyprowadzki wiedziałam, że podjęłam prawidłową decyzję. Często chwila mówi nam o człowieku więcej, niż kilkanaście wspólnie spędzonych lat. Odeszłam, zostawiając wszystko na co wspólnie pracowaliśmy. Jedynym celem był spokój. Spokój mój i dzieci. W ciągu kilku miesięcy był tylko jeden dzień, w którym zastanowiłam się nad tym czy nie podjęłam decyzji zbyt szybko. Ale dobrzy ludzie uświadomili mnie, że tą decyzję podjęłam zbyt późno.

Nie jestem idealną matką, ale staram się jak mogę, żeby moje dzieci miały dach nad głową, prawidłowo się odżywiały i, żeby przede wszystkim były szczęśliwe. Rzadko też można usłyszeć w naszym domu krzyk. Wspieramy się, przytulamy, opiekujemy wzajemnie i mimo kłótni wiemy, że możemy na siebie liczyć. One wiedzą, że mama uchroni je przed każdym złem, a ja wiem, że będą mnie kochać do końca życia. Moja decyzja o samotnym wychowywaniu dzieci była z konieczności wyboru pomiędzy domem pełnym kłamstw i chłodu, a domem pełnym spokoju i miłości.

Bez różnicy czy jesteś samotną matką z wyboru czy z konieczności. Ważne, że wszystko co robisz, robisz dla swoich dzieci. I mimo, że jest NAM 5x trudniej i czujemy się czasami bezradne to chwila, w której Twoje dziecko przyjdzie i powie KOCHAM CIĘ MAMUSIU jest o 5x bardziej satysfakcjonująca, bo wiesz, że to tylko dzięki Tobie Twoje dziecko potrafi okazywać uczucia i nie musisz się tym z nikim dzielić.

Samotna matka to samodzielna matka, dla której nie ma rzeczy niemożliwych.

Związek z młodszym facetem? Czy to może się udać?

Często mówi się, że wiek, kilometry czy sytuacja rodzinna nie ma znaczenia, gdy w grę wchodzi prawdziwa miłość. Ważne, aby być szczęśliwym. Czy w przyszłości te różnice nie staną się priorytetami? Czy nie zaczną nagle przeszkadzać?

Pewnego sierpniowego wieczora poznałam sympatycznego chłopaka. Moje nastawienie do płci przeciwnej było bardzo negatywne, nikomu nie pozwalałam się do siebie zbliżyć, z nikim nie rozmawiałam i wszyscy byli na NIE. W Nim mnie coś urzekło, to był uśmiech – szczery i szeroki. Pozwoliłam sobie na krótką rozmowę. Uśmiechałam się i czułam się swobodnie. Pomyślałam nawet, że fajny z niego facet, ale w głowie miałam zakodowane hasło „żadnych facetów” i nawet nie dopuściłam do siebie myśli, że mogłoby coś z tego być. Poprosił o nr telefonu, powiedziałam, żeby podał swój, zapamiętam i odezwę się rano. Po przebudzeniu setki razy zastanawiałam się czy się odezwać. Nigdy bym tego nie zrobiła, ale pomyślałam, że kiedyś będę musiała dać sobie szansę chociażby na jednorazowe spotkanie. Zaryzykowałam. I tak to się zaczęło…

Minął ponad miesiąc od pierwszego spotkania. On dowiedział się, że mam dwoje dzieci, ja dowiedziałam się, że jest młodszy o 8 lat. I to był szok. Przecież moja córka jest od Niego młodsza tylko o 12 lat! Będę najstarszą osobą wśród Jego znajomych! On nie wie co znaczy odpowiedzialność za całą rodzinę, poświęcenie i troska. Mieszka z rodzicami, nie jest samodzielny. Nie chcę trzeciego dziecka! W mojej głowie kłębiło się tysiące myśli i pytań.

Próbowałam go zniechęcić do tego, żebyśmy byli razem. Zaproponowałam mu nawet świetny układ: prowadzimy życie jak do tej pory i widujemy się co drugi weekend. Taki otwarty związek. W ten sposób chciałam uświadomić mu, że będzie narażony na pokusy ze strony młodszych (tym bardziej, że jego koleżanki są bardzo atrakcyjne i młode) i z czasem stwierdzi, że „JA” byłam tylko chwilową fantazją, zauroczeniem, kaprysem, odskocznią. Nie chciałam się angażować, ponieważ związek z Nim od samego początku narażony był na porażkę.

Spotykaliśmy się, rozmawialiśmy, zbliżaliśmy do siebie. Okazało się, że potrafi świetnie gotować, jest opiekuńczy, pomocny i domyślny. A ja ze względu na doświadczenia z przeszłości jestem ostrożna i zauważam również zagrożenia, które mogą negatywnie wpłynąć na naszą relację. Zauważyłam, że ma lekkie podejście do życia, że nie myśli o konsekwencjach, że żyje chwilą i nie zastanawia się nad tym co będzie, że jest uparty, rzadko odpuszcza, jest zbyt pewny siebie i nie szanuje czasu innych.

Nie bałabym się zaangażować, gdyby nie to, że mam dwoje dzieci. Jestem już w takim wieku, że nie chcę faceta na chwilę. Poza tym nie zniosłabym rozczarowania w oczach moich dzieci. Przecież miałyśmy być szczęśliwe. Obiecałam im, że będziemy się o siebie wzajemnie troszczyć i nie pozwolimy na to, żeby jakikolwiek mężczyzna nas skrzywdził. Tylko czy ON zamierza nas skrzywdzić? Na pewno nie, ale wydaje mi się, że nie jest świadomy tego, co Go czeka, jeżeli zwiąże się ze mną.

Po pierwsze będzie musiał znieść bunt dzieci, które uważają, że mama jest tylko ich i z nikim nie będą się nią dzielić. Po drugie będzie musiał zaakceptować, że nie zawsze będę dla Niego dostępna. Po trzecie przy dzieciach jest o 5 razy więcej obowiązków. Po czwarte plany często mogą się zmieniać, ponieważ dzieci zachorowały albo mają ochotę spędzić wieczór na grach i zabawach. Po piąte brakuje często czasu na własne potrzeby. Po szóste można zapomnieć o cichych i spokojnych wieczorach przy lampce wina. Po siódme ciało kobiety po dwóch ciążach i dodatkowo o 8 lat starszej nie jest tak elastyczne, jak ciało Jego koleżanek. Po ósme pracująca matka wychowująca samotnie dwoje dzieci potrzebuje przede wszystkim wsparcia i rozmowy, a nie ognistego pożądania. Po dziewiąte kobieta po przejściach wie czego oczekiwać od partnera, będzie bezpośrednia i stanowcza. Po dziesiąte będzie musiał zderzyć się z JEJ światem, światem starszych znajomych, poukładanym harmonogramem i dorosłym życiem, w którym ważne jest prawidłowe odżywianie, sen czy czas spędzony z dziećmi. Będzie czuł się odsunięty i niekochany. Matka przede wszystkim jest matką, a później kochanką.

Moim priorytetem są dzieci, dlatego odrzucałam myśl, że mogłabym z NIM spędzić resztę życia. Bo kto by potraktował poważnie mój związek? Przecież ON jest od Ciebie o tyle lat młodszy! Co Ty z nim robisz? Chodzi o seks? Czy ON potrafi Ci zapewnić stabilne życie? Tobie i dzieciom? Czy ma własne mieszkanie? Czy ma stałą pracę? Czy w ogóle skończył studia? Czy poważnie traktuje Ciebie i dzieci? Czy ON w ogóle wie co to miłość? Czy był kiedyś w poważnym związku? Czy wie, że masz problemy ze zdrowiem? Czy w przypadku choroby jest gotowy zaopiekować się Tobą i dziećmi?

Na większość pytań odpowiedziałabym, że nie wiem. Ale czy byłabym tego pewna, gdyby był starszy ode mnie? Czego tak naprawdę się boję? Tak bardzo boję się zranienia i odrzucenia, że nie chcę ponownie kogoś pokochać i komuś zaufać. A miłość i zaufanie do młodszego faceta jest trudniejsza, niż standardowa. Więc czy związek z młodszym facetem ma sens? Myślę, że odpowiedź dla każdego jest kwestią indywidualną.

Takie moje motto związane z dzisiejszym wpisem: Dopóki nie uwierzysz w siebie, nie uwierzysz w miłość.

CAŁA PRAWDA O ROLI MĘŻCZYZN W MOIM ŻYCIU

Moim ulubionym zdaniem jest ” Nie toleruję zależności od mężczyzny” . I tego się trzymam. Po tym jak moja mama odeszła od taty byłyśmy zdane tylko na siebie. Właściwie to „ja” mogłam liczyć tylko na własną osobę. Mimo, że przez większość dzieciństwa wychowywała mnie prababcia, czułam się samotnie. Od 12 roku życia spadła na mnie duża ilość obowiązków domowych. Umiałam już dokładnie posprzątać cały dom, zrobić zakupy, pranie i obiad. A przede wszystkim potrafiłam świetnie zarządzać swoim czasem. Musiałam sama stawiać sobie granice i przyzwolenia.

Czy brakowało mi taty? Owszem, bardzo. Przede wszystkim na przedstawieniach w szkole, przy ciągnięciu sanek czy obronie przed starszymi kolegami. Ale lata mijały, a ja zaczęłam rozumieć, że mój tata był tylko dawcą plemnika (dziś dziękuje mu za to). Do 18 roku życia nie interesował się mną. Dopiero po długim liście, który w moim imieniu i bez mojej zgody napisała prababcia, odezwał się poprzez przekaz pieniężny (300 zł) z wiadomością „na sukienkę”. Nie kupiłam sukienki, pojechałam do Niego. Nie umiałam powiedzieć „tato”, nie wiedziałam kim tak naprawdę jest i jaką pełni funkcję w moim życiu.

Odkąd pamiętam zawsze miałam kolegów, tych trochę bliższych i tych dalszych. Świetnie dogadywałam się z facetami. Komunikacja z nimi była o wiele łatwiejsza i bardziej przejrzysta, niż z koleżankami. Zawsze też o dziwo mogłam na nich polegać. W wieku 16 lat pojawił się pierwszy „poważniejszy” chłopak, z którym dogadywałam się znakomicie. Nie pamiętam, żebyśmy się kłócili czy nudzili ze sobą. Było wręcz tak, jakby każdy sobie tego życzył. Ale prawda jest taka, że to jemu bardziej zależało na mnie, niż mi na Nim. Po niespełna roku serce zabiło dla innego. Tutaj role się odwróciły. Mi bardzo zależało, a on był skryty. Mimo wszystko związaliśmy się na kilkanaście lat. I te lata ukształtowały mój charakter. Musiałam stawiać czoła wielu wyzwaniom. Dziś wiem, że ten związek od samego początku nie miał racji bytu. On ciągle z kolegami, ja z małym dzieckiem w domu. On imprezował, ja musiałam szybko wejść w rolę matki, żony i kochanki. Kochałam go i walczyłam o nas, ale NAS od samego początku nie było. Były tylko słowa JA i TY albo MOJE i TWOJE. Nawet dzieci podzielił na moja córka i Twoja córka. Z dnia na dzień, z roku na rok traciłam nadzieję na wielką miłość.

Po 9 latach poznałam mężczyznę, który okazał się moją bratnią duszą. Dużo rozmawialiśmy, spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę. Byliśmy ja rodzeństwo. Rozumieliśmy się bez słów. Każdy kto na nas patrzył mógłby pomyśleć, że albo jesteśmy małżeństwem albo zgraną parą. Niestety on miał żonę, a ja byłam w związku. Czuliśmy, że coś nas do siebie przyciąga. Mimo, że ja nigdy się do tego nie przyznałam. Po tym jak oznajmił mi, że jest w stanie odejść od żony ja uzmysłowiłam sobie, że tak naprawdę jest mi bliski, ale jak przyjaciel. Nadal uwielbiam z nim żartować i rozmawiać, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym tylko dała mu przyzwolenie w ciągu 5 sekund by mnie rozebrał. Wtedy doszło do mnie, że muszę walczyć o mój związek. Że się wypaliło, ale jeżeli nie podejmę żadnych kroków będę żałować, że odeszłam bez walki. Przez kilka kolejnych miesięcy było dobrze. Aż do momentu kiedy odkryłam, że jestem zdradzana. Akurat wtedy, kiedy miałam problemy ze zdrowiem, z pracą i moim tatą. Ja, czekająca na wynik biopsji, odwożąc swojego ojca na lotnisko stwierdziłam, że zajrzę na pocztę, do której znałam hasło. W tym samym czasie On w najlepsze wymieniał pikantną korespondencję z 19 latką. Jak lwica zaczęłam walczyć o swoją rodzinę. Dziś zadaje sobie pytanie: Po co? Chyba po to, żeby mieć spokojne sumienie. Wygrałam tą walkę. Kupiliśmy wspólne mieszkanie, po dwóch latach postanowiliśmy je sprzedać i wybudować dom. Już był projekt, plany wyposażenia, stworzenia piwnicy dla przyjaciół i znajomych, mojej własnej biblioteczki i biura. I właściwie ta budowa domu przyspieszyła moją decyzję o rozstaniu. W grudniu wiedziałam już jak zacznę Nowy Rok. Jako matka samotnie wychowująca dzieci. Bez własnego mieszkania i samochodu.

Przed świętami Bożego Narodzenia dowiedziałam się, że na początku stycznia czeka wyjazd służbowy za granicę. Rozmowa o rozstaniu musiała więc poczekać. Na wyjeździe poznałam mężczyznę, który niemalże od pierwszego spojrzenia stał się moim przyjacielem, mimo, że nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Nie spędziliśmy też nawet chwili sam na sam. A jak już poprosił mnie o towarzyszenie podczas spaceru, na który chciałam się wybrać samotnie mój organizm odmówił posłuszeństwa i osunęłam się na jego ramionach. Obudziłam się po wylądowaniu w kraju. On siedział w innym rzędzie. Czułam, że moje serce chce do Niego, że nie chcę się z Nim rozstawać.

Po powrocie do domu postanowiłam od razu odbyć rozmowę o rozstaniu. Nie wiem czy wszyscy mężczyźni reagują w ten sposób, że nie chcą przyjąć do wiadomości tego, że kobieta ich nie kocha i dłużej nie wytrzyma życia w kłamstwie? Lżej jest im jeżeli wmówią sobie, że ich zdradziła? Tak było w moim przypadku. Mimo, że powiedziałam prawdziwą przyczynę rozstania, On wmówił wszystkim, że go zdradzałam. Nie próbowałam wyjaśniać ani się bronić. Stwierdziłam, że prawda wyjdzie na powierzchnię z czasem. I już zaczyna wychodzić.

Po przeżyciu trzydziestu kilku lat doszłam do wniosku, że mężczyźni odgrywają w moim życiu bardzo ważną rolę. Uświadamiają mnie w tym, że nie potrafię na nich polegać. Chcę im pokazać jaka jestem niezależna i jak zajebiście daję sobie radę ze wszystkim sama, a prawdą jest, że potrafię się rozkleić przy banalnej rzeczy, np. przy odkręceniu słoika czy dopompowaniu koła w samochodzie. Gdybym dała tacie szansę na poznanie mnie, nasze relacje mogłyby wyglądać inaczej. Gdybym otwarcie od samego początku mówiła o swoich obawach i uczuciach, a nie dusiła wszystko w sobie może wcześniej podjęłabym decyzję o rozstaniu, a może to mój partner by to zaproponował? Gdybym nie bała się zaryzykować, może byłabym w szczęśliwym związku? Gdybym nie bała się otworzyć swojego serca na mężczyznę mogłabym być szczęśliwa. Ale ja nie potrafię ani w pełni zaufać, ani w pełni pokochać ani w pełni się oddać. Czym to jest spowodowane? Myślę, że strach przed porzuceniem nie pozwala mi się zakochać. Podświadomie czuję, że to się nie uda. Że albo On zrezygnuje ze mnie, albo ja z Niego. Dzisiaj zadaje sobie pytanie: czy ja w ogóle potrafię kochać? Nie znam na nie odpowiedzi.

Jeśli nie potrafisz otworzyć swojego serca dla mężczyzny nie jesteś gotowa na poważny związek.

Jeżeli czujesz, że ognista miłość się wypaliła, nie licz na to, że ogień wznieci się sam. Miłość albo jest albo jej nie ma. Serce nie ma funkcji pauzy. Jest tylko start i stop.

Przyjacielski trójkąt? Czy ma szanse na przetrwanie? O tym jak zostałam mitomanką.

Wyobraź sobie, że jesteś nastolatką, małymi krokami poznajesz problemy dorosłych. Słyszysz rozmowę rodziców o wyprowadzce do Kanady. Długo analizują wszystkie za i przeciw, po czym postanawiają Cię o tym poinformować. Twoja euforia jest tak wielka, że natychmiast chcesz o tym opowiedzieć najbliższej koleżance, potem drugiej i informacja dociera do szerszego grona odbiorców w błyskawicznym tempie. Po kilku tygodniach okazuje się, że są problemy z wizą dla wszystkich, że praca jednak nie ta, że w mieszkaniu trzeba przeprowadzić remont, że ze szkołą może być problem. Jest więcej minusów, niż plusów i ostatecznie rodzice podejmują decyzję o zostaniu w kraju.

Jak to? Przecież ja już zdążyłam się pochwalić, że się wyprowadzam. Zaczęłam snuć plany związane z Kanadą. I co ja mam teraz powiedzieć? Prawdę – mówi mama. Powiedziałam tą prawdę, niestety nie została ona odebrana w taki sposób, w jaki sobie życzyłam. Większość osób stwierdziła, że wymyśliłam sobie cały ten wyjazd. Tak samo było z wycieczką do Egiptu. Po sprzedaży mieszkania mieliśmy wyjechać na pierwsze wspólne, zagraniczne wakacje. Było mi to obiecane, jak wiele innych rzeczy. Niestety po otrzymaniu gotówki i spłacie wszystkich zobowiązań nie wystarczyło na wakacje. I co? Znowu sobie wymyśliłaś jakiś wymarzony wyjazd. Po co kłamiesz? Po co wymyślasz? Usłyszałam. Przecież to nie było kłamstwo! Naprawdę miałam jechać.

Takich przypadków było wiele…aż zaczęłam myśleć o tym, że inni mają rację. Że wyolbrzymiam pewne rzeczy. Przestałam więc dzielić się z innymi swoimi przemyśleniami, problemami i osiągnięciami. Przestałam się spotykać z przyjaciółmi, zamknęłam się w swoim świecie, który nazwali bajką. Przestałam też marzyć.

Weszłam w dorosłość. Myślałam, że ludzie z wiekiem mądrzeją, że inaczej analizują pewne sytuacje. Jakże bardzo się myliłam.

Miałam przyjaciółkę ze szkolnych lat (tak mi się wtedy wydawało) i nagle pojawiła się „druga”. Szczęśliwy trójkąt. Wspólne rozmowy, wieczory przy winie, zwierzenia, łzy, problemy, fantazje. Mówiłam wszystko, od serca. Byłam szczera i to zostało wykorzystane przeciwko mnie. „Druga” od kilku miesięcy spotykała się z facetem, z którym się rozstałam i miałam dziecko. Mimo, że znała sytuację. Wiedziała, że go nadal kocham. Wiedziała, że się sporadycznie spotykamy, piszemy. Wiedziała, że jestem w stanie dać mu szansę na powrót, a mimo wszystko postanowiła wyciągać ode mnie informacje, pocieszać. W udawaniu przyjaciółki była ekspertem! A przyjaciółka ze szkolnych lat? Wiedziała o wszystkim i postanowiła milczeć. Czy tak postępuje przyjaciółka?

„Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” ale bliższe mojemu sercu jest to, że prawdziwi przyjaciele, którzy odchodzą w biedzie nigdy prawdziwymi nie byli.

Postanowiłam odsunąć się od wszystkich znajomych i niby przyjaciół. Zaczęłam myśleć, że całe życie mogłam polegać tylko na sobie, że otaczałam się ludźmi, którzy mnie oszukiwali albo zatajali pewne fakty. Ale po co? Na pewno nie po to, żeby mnie chronić. Dlatego, że tak było łatwiej. Powstały plotki, które tworzyły kolejne plotki, a ja uszłam w społeczeństwie na mitomankę. Nigdy nie starałam się wyprostować i wytłumaczyć wszystkiego, w co ludzie wierzyli. Stałam obok, przełykałam ślinę i coraz bardziej oddalałam się od ludzi, którzy byli mi najbliżsi.

Jeżeli odsuwasz się od grona przyjaciół, którzy Cię krzywdzą wiedz, że to najlepsze co możesz zrobić. Prawdziwy przyjaciel to ten, który będzie z Tobą wtedy, gdy wszyscy inni będą przeciwko Tobie.

Jeżeli znasz swoją wartość i wiesz jaka jest prawda, nie musisz przekonywać innych. Ważne jest, żebyś uwierzyła sama sobie. Choćby cały świat był przeciwko Tobie, Ty wierz w siebie i NEVER GIVE UP.

„Nigdy w życiu nie pozwoliłabym na to, żeby facet mnie uderzył”. NIGDY i ZAWSZE nie istnieje

O tym jak jeden dzień może zmienić całe Twoje życie, Twoje poglądy, postępowanie, zaufanie, wartość, a nawet wygląd…

Był chłodny, letni wieczór. Sandy była ubrana w bluzę sportową z kapturem i ciemne jeansy z przetarciami. Miała związane w kucyk włosy. Wyglądała jak dziewczynka. Pędziła na osiedle domków jednorodzinnych po córkę, która przebywała pod opieką taty. Gdy weszła do domu została zaatakowana potokiem obelg ze strony swojego „eks” (Tom), który oskarżył ją o zdradę. Jak mógł oskarżyć ją o zdradę skoro to właśnie Tom związał się z jedną z jej najlepszych przyjaciółek, a Sandy samotnie wychowywała ich dziecko nie mając o niczym pojęcia? Pewnego dnia pomyślała, że chciałaby po kilku latach nieudanego związku znaleźć się w intymnej sytuacji z innym mężczyzną. Nie miała na myśli żadnych czułości. Tak bardzo wierzyła w to, że każdy kolejny mężczyzna ją zrani, że traktowała to jak nowe doświadczenie. Wybrała mężczyznę, którego znała, z którym była w związku przez 9 miesięcy. Postanowiła, że to „doświadczenie” zdobędzie po imprezie zakrapianej alkoholem. Nie miałaby odwagi zrobić tego w codziennych okolicznościach. Nie był to ani akt miłości, ani desperacji. Chciała z czystej ciekawości spróbować innego mężczyzny. Myślała, że jeżeli będzie to osoba, z którą się już znała, z którą była w nieskonsumowanym związku, nie uzna tego za złe doświadczenie. Spróbowała i nie odczuwała żadnych emocji, był to tylko pusty „gest”, który nic dla niej nie znaczył. Jak nowy smak lodów.

Sandy po przyjęciu obraźliwych słów wypływających z ust Toma, czując się winna chciała jak najszybciej odebrać córkę, żeby wrócić z nią do domu. Tom nie był sam, ponieważ mieszkał ze swoją mamą, którą Sandy zawsze szanowała. To ona w tamtej chwili trzymała dziecko na rękach i mimo próśb matki postanowiła, że dziecko zostanie z ojcem. Sandy po wymianie kilku zdań wycofała się. Nie miała siły walczyć. Stwierdziła, że być może lepiej będzie po takiej kłótni i tylu nieprzyjemnych słowach ochłonąć w samotności. Sandy była bardzo ufną i wrażliwą dziewczyną, co było wykorzystywane przez osoby, które znała. Głównie przez najbliższych. Zrezygnowana postanowiła wyjść z domu. Ubierała buty na werandzie i w tym momencie zauważyła jak rozwścieczony Tom biegnie w jej stronę, po czym upadła. Obiła się o szafkę na buty, wstała, złapała się za głowę i zorientowała, że Tom uderzył ją własną głową w jej czoło. Po chwili zachwiania chciała uciec. W dali słyszała płacz córki i krzyki matki Toma. Były one jednak zmieszane z szokiem jakiego przed sekundą doznała. Nie wiedziała czy uciekać i zostawić dziecko czy próbować odzyskać córkę. Nie musiała długo się nad tym zastanawiać. Tom wypchnął ją bez butów za drzwi. Sandy upadła na chodnik. Było już ciemno, wokół domu nie paliły się żadne światła. Sandy mimo, że znała rozkład podwórka z trudem trafiła do bramki. Tom złapał ją za rękę i wepchnął do samochodu. Zablokował drzwi i z impetem dodał gazu. Samochód rozwinął prędkość w ciągu kilku sekund. Sandy czuła, że stanie się coś złego. Zaczęła prosić, żeby zwolnił. Rozwścieczony Tom nie słuchał co do niego mówi. Zwrócił się do niej słowami „widzisz to drzewo przed nami po Twojej stronie? Na nim rozbiję samochód. Zginiesz!”. Gdy wypowiedział te słowa Sandy otrzymała pierwszy cios zadany w głowę. Bił ją pięściami po całej głowie i twarzy. Krzyczał, że ją zabije. Sandy widziała w jego oczach coś nieobliczalnego. To nie była zwykła wściekłość, to było jak opętanie przez złe moce. Każdy cios był bolesny, jednak ten, który otrzymała w kość policzkową był najmocniejszy. Sandy wprost słyszała jak łamie jej się kość. Kolejny cios spowodował, że czuła jak łamią jej się zęby, jak krew zalewa jej gardło, a nos puchnie tak, że zasłania jej widoczność. Po przejechaniu kilku kilometrów Tom się zatrzymał. Zdezorientowana dziewczyna nie wiedziała co robić, żeby nie wywołać w nim złych emocji. Postanowiła uciec. Udało jej się wydostać z samochodu. Biegła ile sił w nogach, jednak Tom okazał się szybszy. Dogonił ją, popchnął na ziemię. Bezbronna Sandy upadła na kolana, oparła się zakrwawionymi rękoma o ziemię i próbowała się podnieść. Rozwścieczony ponownie Tom złapał ją za kaptur i ciągnął po asfalcie. Dziewczyna nie mając siły osunęła się całkowicie na ziemię, zaczęła się dusić, nie miała już siły walczyć, krzyczeć ani oddychać. Tom puścił kaptur, wtedy Sandy ostatkiem sił zdołała się podnieść i z płaczem zaczęła błagać, żeby jej nie zabijał. Zaczęła przekonywać Toma, żeby zrobił to dla ich dziecka. Żeby nie odbierał ich córce matki, ponieważ nigdy mu tego nie wybaczy. Tom w mgnieniu oka zmienił się z potwora w czułego mężczyznę, który nie wierzył w to, co przed chwilą zrobił. Zaczął wykrzykiwać słowa „co ja zrobiłem”.

Sandy obudziły męskie głosy. Szumiało jej w głowie. „Czy Pani nas słyszy? Kto Pani to zrobił?” powtarzające się pytania powtarzała jak mantrę. Otworzyła oczy i zobaczyła dwóch policjantów. Rozejrzała się wokół i została poinformowana, że ktoś w nocy przywiózł ją do szpitala i kazał się zaopiekować.  Wiedziała kto. Nie musiała pytać. Nie miała też ochoty odpowiadać na pytania policjantów, dlatego skłamała, że nic nie pamięta i poprosiła o chwilę spokoju. Bała się spojrzeć w lustro. Dotknęła twarzy i poczuła, że jest cała zabandażowana. Z nosa wystawały jej opatrunki. Spojrzała przed siebie i zobaczyła młodą dziewczynę, która uśmiechała się do niej. Nie miała ochoty na nikogo patrzeć. Najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Wiedziała ile ciosów przyjęła jej twarz. Diagnoza okazała się jednak bolesna. Usłyszała słowa, które słyszy się po ciężkim wypadku: pęknięcie kości policzkowej, złamanie przegrody nosowej, naciek wewnętrzny, złamanie górnej jedynki, trójki i piątki, aaaaa i jeszcze dolnej trójki, ślady duszenia, stłuczenie kolana, liczne otarcia. Sandy nie mogła oddychać. Nie wiedziała tylko czy jest to wynik stresu czy tego, że była po zabiegu. Okazało się, że naciek w nosie i krwotok były tak poważne, że zabieg trwał kilka godzin. Sandy straciła dużo krwi….

Po kilku dniach pobytu w szpitalu wróciła do dziecka, do Toma i przez kolejne lata udawała, że wszystko jest w porządku. Wydaje się, że sama chciała w to uwierzyć, może nawet na chwilę jej się to udało. Demony przeszłości jednak wracają. Codziennie rano, gdy patrzyła na swoje odbicie w lustrze widziała zdeformowaną twarz. Mimo, że skrzywienia były mało widoczne, ona widziała wyraźnie i czuła. Za każdym razem czuła ból, cierpienie i słyszała dźwięk pękających kości. Wytrzymała ponad 10 lat.

Jeśli wybaczamy drugiej osobie wyrządzone nam krzywdy musimy być pewni, że sami się z tym uporaliśmy.

Sandy wybaczyła Tomowi, ale nie wybaczyła sobie. Nie wybaczyła sobie tego, że dała im szansę.